Przez ogólną sytuację opuściła mnie wena twórcza. Ale może po prostu trudno mi się zabrać do pisania. Sprawdźmy.

 

 

Wczoraj pomyślałam sobie, jak podobne byłby do siebie te dni, gdyby nie zwierzyniec. Dzięki bandzie demonów, zawsze coś się dzieje. Trzeba łapać spadające przedmioty, przerywać walki na śmierć i życie, karmić, tulić, zabawiać, zganiać, wołać. O ile przyjemniej się pracuje, kiedy nogi grzeje ciepłe futro. Co prawda futro potrafi mnie smyrać po pięcie i co jakiś czas włazić na klawiaturę, ale przynajmniej się człowiek oderwie od komputera.

Kiedy przez chwilę zrobiło się ciepło, zaczęło się ganianie much. Schemat jest podobny. Horacy siada na środku i płacze, że mucha lata. Floki uważnie obserwuje owada i szczeka lub gdacze. Lupka lata pod sufitem, nieważne że mucha jest już w innej części domu. Przychodzi Wydra, zabija muchę i wychodzi. Wydźka jest jak taka starsza, pulchna ciotka, która pędzi spokojne życie, ma wszystko w nosie, popija herbatkę z filiżanki i przegryza ciasteczka a potem nagle wyciąga Brwoninga kaliber 9 mm i strzela listonoszowi w środek czoła, bo nie zdjął butów. Kto zna, ten wie. Ona nie bierze jeńców.

Koty ogólnie są zadowolone, że świat toczy pandemia. Kolan w domu jest pod dostatkiem. Na jednym domowniku wymusisz posiłek, drugi o tym nie wie i karmi drugi raz. Kuwety sprzątane na bieżąco. Babcia jest dostępna siedem dni w tygodniu i Horacy może ją bez przerwy ugniatać. Inna sprawa, że Babci właściwie nie widać spod Horacego. Lupka biega za K. i piszczy z pretensją, kiedy ten ma czelność pójść do łazienki. Wydrze jest w zasadzie wszystko jedno. Pozornie. Floki mnie nie odstępuje. Nie daje mi spokojnie pracować, bo kiedy patrzę w ekran laptopa, to głaszcze mnie łapką po policzku i zagląda mi w oczy. Oraz wylizuje mi okulary. I tak ślepa, z kotem na twarzy, usiłuję napisać cokolwiek z sensem. A szef czeka. 

Jest spokojnie, rodzinnie, kawowo, ciastowo i duporośnie. Ja odnajduję się w takim trybie życia. Koty również. A co u Was?