Teodor

 

 

Cześć. Wpadłam na Twoje opowieści na Twitterze i z miejsca poczułam, że trafiłam na kogoś, kto pisze dokładnie to co sama myślę. Potem odnalazłam Twoja ‘kocią’ stronę i każda przeczytana historia wzbudzała u mnie śmiech i łzy wzruszenia. Wiedziałam, że muszę do Ciebie napisać o Teodorze, bo Jego historia jest warta opowiedzenia. Zrobisz z nią, co zechcesz. A było to tak:

W 2012 roku kupiliśmy dom. R i ja - blokersi z głową w chmurach, marzący o swoim domku, całkiem niezdający sobie sprawy z tego co to w praktyce oznacza i ile to kosztuje – nie tylko finansowo. Ale kto nam zabroni??? Nie przemawiała do nas nawet niechęć do całego przedsięwzięcia mojego syna – P, który właśnie wtedy szykował się do matury. Klucze dostaliśmy w marcu i zaczęliśmy od burzenia. Wprowadziliśmy się do ruiny na wsi w czerwcu i powolutku własnymi silami urzeczywistnialiśmy wizję, która gdzieś tam w nas tkwiła. Najszczęśliwsze były psy, dwa Jack Russel Teriery: Radar i Bazar, które oszalały ze szczęścia. Oczywiście natychmiast uaktywnił się u nich instynkt podpowiadający, że ‘mój dom’ nie zaczyna się na drzwiach wejściowych, ale na bramie wjazdowej (swoja drogą, nie rozumiem, jak one to wszystko ogarniają w 5 sekund). No, ale to na zupełnie inną opowieść…. Zaraz po pierwszych sianokosach na okolicznych polach w domu pojawiły się….myszy. Zupełnie nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to jest absolutnie normalne. Jak to? MYSZY???!!! W naszym domu??? Psy, jak to psy. Nie podobało im się skrobanie w ścianie i zapach, który był pozostawiony gdzies tam wzdłuż ścian…(BOŻE! ONE CHODZA PO DOMU!) no ale, coż…pies ma inne zmartwienia. W czasie odwiedzin moich rodziców padło jasne i oczywiste stwierdzenie: musicie sobie zorganizować kota! Jak to kota? O, nie! My mamy psy, nie chcemy kota. Jeszcze czego! No i trzymaliśmy się tego. Co roku, pod koniec lata intruzi pojawiali się z kosmiczną punktualnością. Jest takie powiedzenie, że to nie ty wybierasz kota ale kot wybiera Ciebie. I chyba tak też było w naszym przypadku.

W sierpniu 2015 podczas prac ogrodniczych mój syn P. usłyszał w szopce piskliwe pojękiwania. Zadzwonił do mnie do pracy i mówi: mamo, w szopce mamy podrzutka. Ja na to: daj spokój, zostaw, ja nie chce kota, mamy psy… itd. itp. A on na to: ale to jest maleństwo, i jest wciśnięte pod metalowy regal. Nie mogę tego tak zostawić. Wyciągnął to to, wsadził do pudełeczka i wysłał mi zdjęcie. Natychmiast odpaliłam wrotki i wróciłam do domu, schwyciłam pudełko z zawartością i poleciałam na najbliższego weta. Spojrzał na popiskującą miniaturkę i orzekł, że najprawdopodobniej urodził się dwa dni temu (do ogonka miał przyklejona pierwsza w swoim życiu własnoręcznie wykonana kupkę…). Myślał, że chce mu tego nieszczęśnika zostawić, ale jak usłyszał, że jesteśmy gotowi podjąć wyzwanie ocalenia miniatury i wychowania go na pełnoprawnego kociego osobnika – twarz mu się rozjaśniła. Natychmiast zaopatrzył mnie w smoczki, buteleczki, mleko w proszku. Poinstruował, że malec jest wychłodzony i trzeba go trzymać w cieple, karmić co 3 godziny, masować brzuszek i skłaniać do załatwiania się…. Że co? Przepraszam! A niby jak ja mam to robić? Na uszko (którego notabene jeszcze nawet nie było, a w miejsce uszka płatek futerka przyklejony do głowy) mam mu modlitwy szeptać? A on na to, że kocia mama robi to językiem w miejscach intymnych. Coooooo? No to ja nie wiem, zadzwonię do syna, czy się podejmie 😊 Na szczęście nie trzeba językiem, uffff, można wacikiem zamoczonym w cieplej wodzie. No i się zaczęło. Wróciłam do domu i natychmiast zorganizowaliśmy dwa kocyki, dwie plastikowe buteleczki po Kubusiu czy jakimś innym frugo, napełniliśmy je ciepłą wodą i umieściliśmy znajdę na kocyku pomiędzy tymi ciepłymi buteleczkami. Rozpoczęliśmy proces karmienia… rozrabiania mleczka, testowania temperatury na własnym nadgarstku, czy aby nie za gorące i nie za zimne – istny cyrk.. Skarbik chętnie jadł, na całe szczęście. Warto dodać, że psy przyjęły nowego lokatora z mieszanymi uczuciami. Na początku chciały nas wyręczyć z kłopotu, dokonując natychmiastowej utylizacji jednym kłapnięciem szczęki. Z czasem jednak, z nieskrywanym zdziwieniem zaakceptowały nasz wybór i znosiły cierpliwie zamieszanie wokół tego małego jazgoczącego potworka.

Całodobowa opieka przypadła szczęśliwemu znalazcy – czyli mojemu 22 letniemu syneczkowi – P. Ja musiałam codziennie iść do pracy, a on miał studenckie wakacje i w końcu to było jego wyzwanie. Opieka nad takim oseskiem to 24/7. Nocne karmienia, pocieranie wacikiem na siusiu i kupkę… Nalewanie do butelek/termoforów cieplej wody – koniec świata! Dodatkowy problem z kociętami jest taki, że nie wystarczy ich karmić. Jeśli nie czują miłości to umierają☹ Trzeba było Teodorkowi pokazać jak bardzo go kochamy. Noszenie w dłoniach, pieprzenie do uszka, mizianie, całowanie i inne pieszczoty, również musiały być w pakiecie opiekuńczym. Po dwóch dniach P. poinformował mnie, że na przedniej łapce, na miniaturowym nadgarsteczku pojawiła się ropna krostka. Cholera! Co to może być? Chyc do weta. Diagnoza – ropne zapalenie stawów ☹ antybiotyk i dodatkowo informacja, żeby się raczej do znajdy nie przywiązywać, bo najpewniej nie przeżyje. Niestety nie ma odporności, która w normalnych warunkach zdobyłby dzięki mleku matki. A tu szans na taka odporność na sztucznym mleku nie ma. Potem w nocy słyszę krzyk P., ze w trakcie karmienia pojawiła się ze śliną krew. Ratunku!!! Jak to krew. Znowu wizyta u weterynarza i kolejna makabryczna diagnoza: nadżerki na podniebieniu świadczące o kolejnej – śmiertelnej chorobie kociej. Koty umierają w trakcie tej choroby z głodu, bo te nadżerki są tak bolesne i głębokie, że nie mogą jeść ani przełykać. Na szczęście nasz żarłok miał je umieszczone po bokach podniebienia i nie odczuwał aż takiego bólu, który uniemożliwiałby mu jedzenie. Kolejny antybiotyk – aż strach pomyśleć. Malec ma zaledwie kilka dni zycia za sobą i dwie serie antybiotyków. Przebrnęliśmy i pokonaliśmy te problemy. Potem był problem z grzybica, która (na szczęście niezaraźliwa ani dla nas ani dla psów) wynikała z wyjałowienia organizmu po terapii antybiotykowej… Cholera i co teraz? Okazało się, ze trzeba go myć delikatnie w cieplej wodzie z szamponem na grzybice i lupiez, takim dla ludzi z apteki. Pomogło! 😊 Były jeszcze problemy z zaparciami. Brak kupki u powodował, ze odchodziliśmy od zmysłów. Jakimś cudem jednak P. wiedział (instynktownie???) co robić. W chwilach zwątpienia to zawsze jego działania doprowadzały, ze kocie się z ulga wypróżniało. No, ale coz w końcu to było jego dziecko! Wreszcie zaczęły się od głowy odklejać te małe futrzane płachetki będące zalążkami uszu. Potem otworzyło się jedno oko, a następnego dnia drugie. Jest szansa dla tego maleństwa. Do tego czasu już wszyscy wpadliśmy jak śliwka w kompot. Rozkochał nas w sobie na zabój. Teodorek rósł jak na drożdżach. Trzeba było zacząć odzwyczajać go od butelki i po trochu wprowadzać stałe pokarmy. Kupiliśmy najmniejsza miseczkę, najmniejsza kuwetkę. No i co z tego, że miseczka była najmniejsza, jak Teodor mieścił się w niej cały i wcale nie był zainteresowany smakiem karmy dla kocich maluchów. Dopiero jak spróbował surowej wołowinki, zorientował się, że stały pokarm może jednak być fajny. Później już tylko trzeba było metodą prób i błędów szukać karmy, która będzie mu smakować i będzie miała w sobie więcej mięsa niż śmieci. Stanęło na MIAMIOR i tak zostało do dziś. Od czasu do czasu, jak kot wyraźnie jest znudzony dostaje od nas Felixa (mówimy wtedy, że dostaje McDonalda😊). Z kuwetą było zaskakująco dobrze. Co prawda zastanawialiśmy się jak nauczyć kota czystości. W końcu to kocia mama zajmuje się tymi sprawami. Nie wyobrażałam sobie, że P. wchodzi do kuwety, załatwia się i pokazuje ‘swemu kociemu dziecku’ jak zakopuje swoje dzieło! Okazało się, że wystarczyło, że P. użyl swej magii pocierania wacikiem odpowiednich części kociego ciala w kuwetce i stało się. Pierwsze siku – zachwyt, ale pierwsza kupka…… nieopisana radość i duma! Teodor nigdy nie nabrudził w domu. Pożną jesienią Teoś zaczął chadzać wokół domu. Potem wybierał się na dalsze wycieczki. Zawsze jednak wraca na noc do domu.

P. wyjechał na studia do innego miasta. Teodor już był dorosły, ale nadal każda weekendowa wizyta P. w domu oznaczała, że Teodor obsiadał go i mruczał mu do ucha plując się z ekscytacji. Czy Teodorek jest miłym kotkiem? Hmmm, a skąd! Nie przychodzi na kolanka, nie mruczy, nie ociera się o nogi… Jest jednak Królem w naszym domu. Psy absolutnie zaakceptowały jego wyższość, sam sobie to załatwił. Wolno mu absolutnie wszystko. Śpi gdzie i z kim chce. Czasem wybiera moją mamę, czasem mnie (P. już się usamodzielnił i z nami nie mieszka) i traktujemy to jako zaszczyt 😊 Czasem przychodzi się przytulić, ale tylko wtedy jak go najdzie, nieoczekiwana dla niego samego fala miłości. Wtedy nawet całuje prosto w usta i przybija czółko jak prawdziwy milasek. Jeśli szykujemy posiłki i Król jest w domu, siedzi na blacie i zupełnie tak jak to opisałaś w jednej ze swoich opowieści, trzeba uważać, żeby mu nie skrócić łapki. Na stole robi slalom miedzy talerzami w trakcie posiłków. Kłaczki w herbacie, kawie lub na kanapce to u nas standard…, pogodziliśmy się z tym.

Powiedz tylko, czy tak nie zachowują się wierni poddani?