O zupełnie wyjątkowej Mamie.

 

 

Opowieść zacznijmy od tego, że Mama od dzieciństwa bała się psów. Powód owego strachu, jest jak najbardziej racjonalny, bo kiedy miała 7 lat, pogryzł ją burek. Ugryzł ją milimetry od oka, bliznę ma do dzisiaj. Czy może być rasa bardziej budząca obawy bardziej niż amstaff? Nie? I tu wchodzi Zuza, cała na czarno...

Wiele można zarzucić charakterowi mojej psicy, ale jej zasługi w oswajaniu społeczeństwa z tą rasą, są nieocenione. Nie inaczej było z Mamą. Przełomowym stał się moment, kiedy wyjeżdżaliśmy z K. na wakacje i wobec obaw Mamy, Zuza miała zostać w hotelu. Hotel odwiedziliśmy, Zuza na dzień dobry przywaliła właścicielce głową w twarz na pełnej, poza tym wyglądało to nieźle. Oczywiście serce mi pękało, ale co począć. Miejsce było dostępne dzień po naszym wyjeździe, więc jedną noc Zuza miała spędzić u Rodziców a nazajutrz Tato miał ją odwieźć do hotelu. Zuza nigdzie nie pojechała i to Mama zadecydowała, że „ten pies się nie nadaje do hotelu, zapłacze się tam”. Rozpoczęła się cudowna sielanka. Mama otwierała rano oczy i widziała przed nimi nos naszego krokodyla, który świadomy, że do łózka nie może wchodzić, kład tylko głowę na poduszce, uprzednio układając na niej swoje obślinione zabawki (bo Babcia się obudzi i od razu będziemy się wesoło bawić, hau, mlask). Było też tak, że pierwszy krok po wstaniu z łóżka, Mama stawiała w cieplutkiej kupce. Ale to Mama chodziła z Zuzą na spacery, to Mama trzymała 30 kg amstaffa na kolanach i głaskała uśmiechniętą paszczę. I od tej pory, Mama kocha Zuzę a Zuza kocha Babcię.

Teraz może o kotach. Mama wychowała się w domu pełnym kotów. Nie były to, co prawda, jej koty ale były wszędzie. U nas na pierwszy ogień poszła Wydźka, więc później mogło być tylko lepiej. Wydźka zapamiętale gryzła w pięty mojego Tatę. Tato nie przepadał za kotami, Wydra chciała go chyba w tym utwierdzić. Skakała, drapała, gryzła i kradła. Ale też rozśmieszała. Kiedy do domu przybył Floki, to Mama obserwowała, jak się zaczyna powoli ośmielać, bo ja byłam w pracy a ona pilnowała mojego Synka. Flokuś miał w Babci ogromne wsparcie i cierpliwe serce. Mama często do niego mówi „jakim ty jesteś wspaniałym kotkiem, tak bardzo kochasz moją córkę”. Ma wyjątkowe względy, również u Mamy. Kiedy do domu wprowadził się Horacy, wysłałam Mamie jego zdjęcie. –„Co to za kot?” – „No nasz nowy.” –„O matko.” Ale Mama nie była wyjątkiem i Horacy wziął jej serce szturmem. Tej baryłki nie dało się nie kochać. Pamiętam, że pierwsze Święta Bożego Narodzenia po przybyciu Horacka, były trudne. Odszedł mój ukochany Tato. Jestem pewna, że w dużej mierze uratowały je zwierzęta. Nie dało się nie śmiać, kiedy Horacy najadł się sernika i padł pod stołem brzuchem do góry, głośno pochrapując. Do tej pory dialogi Mamy z Horacym, są lepsze niż najlepszy kabaret i wzruszające do głębi. A baryłka oczywiście Babci odpowiada na każde pytanie! Ostatnia pojawiła się Lupka. Kiedy jeździłam ją ratować, uparcie twierdziłam, że znajdę jej dom, ale chyba nikt w to nie wierzył. Przyniosłam do domu łysego szczurka w wyłupiastymi oczami i oczywiście inicjatywę przejęła Babcia. Zaraz znalazł się różowy koszyczek z falbanką i blacha na ciasto w roli kuwety. Mama karmiła ją mlekiem z palca, przemywała odparzoną dupkę, tuliła, głaskała, pilnowała. Nie mogę tu pominąć udziału mojej wspaniałej Córki, która udostępniła swój pokój dla nowego mieszkańca, którego trzeba było odseparować od dorosłych kotów.

Muszę Wam powiedzieć, że mało rzeczy wzrusza mnie tak, jak widok mojej Mamy, która chodzi po domu a za nią sznur kotów. Mama do nich zagaduje, koty jej odpowiadają. Broni Zuzy przed Lupką, która postanowiła rzucać się na biednego psa w najbardziej niespodziewanych momentach. Daje całej bandzie smakołyki. Kryje te niewdzięczne demoniszcza, kiedy narozrabiają (ale rozmowa wychowawcza zawsze jest). Myślę, że oni się wzajemnie ocalili. Kocham Cię Mamuś.