Czasy są ciężkie. Obecna codzienność skłania do przemyśleń. Przemyślałam, jak wyglądałoby moje życie bez kotów…

 

 

Budzę się rano. Cisza. Nikt nie wpada z wrzaskiem i nie zaczyna mnie lizać po twarzy. Również nikt nie wyje operowym głosem „a jujuuu”. Nikt nie posapuje, ocierając się o łydkę. Spokój.

 

Idę do łazienki. Nie muszę przepychać się w drzwiach ani biegać po łazience, łapiąc spadające drobiazgi. Wanna pusta. Po zamknięciu drzwi nie dochodzą do mnie potępieńcze jęki. Pod drzwiami nie znika moja bielizna, zaczepiona o sprytny pazurek.

Ubieram się. Drzwi garderoby szeroko otwarte. Nikt tam nie wbija, żeby zagrzebać się w ręcznikach i wywalić z półek starannie ułożone ubrania.

Schodzę do kuchni. Na schodach pusto. Nikt nie zabiega mi drogi. Mam sporo czasu na śniadanie, bo nie muszę sprzątać cudzych kup. Przyrządzam posiłek w komfortowych warunkach. Nikt nie tłoczy się na kuchennym blacie. Nie muszę uważać, żeby nie uciąć razem z chlebem jakiejś puchatej łapki. Zostawiam talerz ze śniadaniem na stole i idę po kawę. Po powrocie zastaję niewylizaną kanapkę. Jem w spokoju. Wychodzę.

Wracam z pracy. Otwieram drzwi do domu. Nikt na mnie nie czeka. Nie ociera się o nogi, nie mruczy, nie wspina się po łydkach, rwąc nowe rajstopy. Nie muszę nikogo karmić, mogę zająć się sobą. Nikt za mną nie tęsknił. Nie wypatrywał mnie w oknie, przepychając się z innymi tęskniącymi. Nie muszę nikogo obłaskawiać po kilkugodzinnej nieobecności.

Wieczorem siadam w salonie. Kanapa cała dla mnie. Trochę mi zimno, ale za to nie mam kolan w sierści i nikt nie wylizuje mi okularów. Nikt nie wyrywa mi czytnika. Mogę swobodnie sięgnąć po kieliszek wina. Na stole stoją, przez nikogo nie niepokojone przekąski. Sięgam po laptop i zamawiam sobie kilka nowych ciuchów. Mam pieniądze, karmię tylko ludzi.

W sypialni czeka bezkocie łóżko. Nikt nie czai się pod kapą, nie chowa pod łóżkiem, nie miauczy pod drzwiami. Zasypiam wsłuchana w odgłosy nocy…

Budzę się zlana potem. Biegnę otworzyć drzwi sypialni, serce wali mi jak szalone. Spoglądam w dół. Miau? -pyta zaskoczony Floki. Po schodach już niesie się „łau łau łau”. To Horacy sprawdza, czy czasami nie karmią. Lupka ćwierka jak ptaszek i leci do K. Wydra mija mnie wyniośle i kładzie się na łóżku. Chwytam Flokiego i tulę do siebie. To był tylko zły sen. Tylko sen. Wciąż są moje demoniszcza. Mogę odetchnąć, włączyć lampkę i czytać do rana. Spać z nimi i tak się nie da.