Pamiętnik kociej rozpaczy

 

Grażyna wyjęła torbę podróżną. Jeszcze nie panikuję. Może wyjęła ją, żebym mógł w niej poleżeć. Wkłada tam mięciutkie rzeczy, więc mogę mieć rację.

Miałem rację, do momentu, aż zostałem wyciągnięty a na moim miejscu wylądowała suszarka do włosów. Mogę panikować.

Ona mnie opuszcza na wieki! Wydra mogłaby nasikać do torby, ale ona sika tylko wtedy, kiedy nikt tego nie chce a ja teraz chcę, więc mówi że jej na to nie pozwala marketing osobisty. Małpa.

Następnego dnia torba została umieszczona w samochodzie, razem z Grażyną. Moje serce szarpało się jak wróbelek pod kocią łapką. Odjechała. Zalała mnie czarna rozpacz.

 

Dzień 1.

Postanowiłem pilnować jej łóżka. Nie wiem po co wszyscy chcą mnie głaskać, przecież nie są Grażyną!

W nocy pan zostawił otwarte drzwi do sypialni. Wszyscy zdrajcy spali oczywiście spokojnie. Horacy nawet chrapał, co uważam za absolutny skandal, ale grubas nigdy niczym się nie przejmuje. Co kilka minut skubałem pana w ucho i trącałem jego rękę. Przecież trzeba szukać Grażyny! Dlaczego wszyscy śpią?! Niestety pan nie chciał szukać Grażyny (co to jest „czarny debil”?).

 

Dzień 2.

Dni mijały a Grażyna nie wracała. Chyba odeszła na zawsze. Porzuciła mnie, jak wszyscy poprzedni. Zaraz pewnie zostanę wystawiony na ulicę. I po co zaufałem? Nie, nie chcę jeść. Nie chcę się bawić. Nie, Flokuś nie przyjdzie tutaj. Będę pilnował łóżka Grażyny za cenę własnego życia i godności.

Te małe móżdżki nie pojmują ogromu tragedii. Jedzą, bawią się a Gruby posunął się nawet do tego, że wyjada moje porcje. Poznasz kota po tęsknocie jego!

 

Dzień 3.

Zjadłem kiełbaskę. Przecież muszę mieć siłę do rozpaczania! A poza tym Babcia mi ją wcisnęła podstępem!

Minęło już jakieś sto lat samotności. Mógłbym napisać o tym książkę.

Pan cały czas wychodzi i wraca. Może szuka sobie nowej Grażyny? Grażyny chyba lecą na zupy w termosie, bo pan zawsze zabiera taki ze sobą. Myślę, że zagryzę tą nową. Wydźka obiecuje, że nasika jej w buty. Lupka nie ma zdania. Gruby je.

Najgorsze są wieczory. Nie ma grażynkowych kolan i pieszczotek. Samotność jest zimnem i bezgłaskiem.

 

Dzień 4.

Jakieś zamieszanie na dole. Pewnie znowu żrą. Co mnie to obchodzi! Ale…jakby…coś słyszę. Lecę na dół. Grażyna! Idzie powoli i jakoś dziwnie pachnie, ale to ona! I kto ją pierwszy przywitał?! Wydźka z Lupką! Ja byłem ostatni! O, okrutny losie! I jak to wygląda!

Grażyna weszła powoli po schodach. Nadzorowałem każdy jej ruch. Oczywiście, do łazienki też nie powinna iść sama! Zmyła z siebie dziwny zapach i położyła się na łóżku (wszyscy wiemy, komu zawdzięcza, że ono nadal jest na swoim miejscu). Jakoś czułem, że nie powinienem jej ugniatać. Wtuliłem się w zagłębienie jej szyi. Już nigdy nie spuszczę tej kobiety z oka. Znowu mogę oddychać.