Ile kotów potrzeba do szczęścia?

 

 

Nie jestem kocim behawiorystą, jestem tylko praktykiem i zamieszczam tu wyłącznie własne obserwacje i doświadczenia. Poświadczyć za mnie mogą moje koty, ale za bardzo bym ich nie dopytywała.

 

Wielu ludzi, w tym kiedyś ja, staje w końcu przed pytaniem- ile mogę mieć kotów? Czy jak wezmę kolejnego, to będzie przesada? A może mój jedynak nie będzie szczęśliwy sam? Nie odkryję Ameryki, jeżeli powiem, że to zależy od kota. Są koty spokojne i wycofane, lubiące spokój. U mnie takim kotem jest Wydra. Jak teraz się nad tym zastanowię, to wydaje mi się, że ona spokojnie odnalazłaby się jako jedynaczka (nie licząc psa, to kolejna zmienna- w domu miała zwierzęcego przyjaciela). No ale takie rozważania miały sens trzy koty temu. Popełniłam błąd, źle wprowadzając Flokiego. Miałam o tym zerowe pojęcie i po prostu go wypuściłam w domu (możecie o tym poczytać w opowieści o nim). I miałam, Wydrę- autystyczną jedynaczkę oraz Flokiego- straumatyzowanego kota w nowym miejscu. Efekt znacie. Na szczęście jakoś przez to przeszliśmy, ale zdecydowanie zaoszczędziłabym kotom i sobie stresów, wprowadzając Flokiego stopniowo. Może o dokocaniu napiszę kiedyś osobny tekst. Wracając do ilości demonów, pozostałe koty są zdecydowanie stadne i same byłyby nieszczęśliwe. Ich preferencje widać na co dzień. Horacy i Lupka nie odstępują się na krok, Wydzia się izoluje, Floki wisi na człowieku. Mają swoje scysje, bo Horacy musi udowodnić Flokiemu, że jego ogon większy a Floki nie pozwala żadnemu do mnie podejść, kiedy razem leżymy. Niemniej jakoś to leci. Podobno ostatnio przeprowadzono badania, że koty jednak wolą żyć same, ale moim zdaniem takie uogólnianie jest bez sensu. Horacy sam by się zapłakał. Lupka to samo.

Muszę przyznać, że w pewnym momencie wpadliśmy w swoistą pułapkę. Wydzia za bardzo chciała się bawić z psem Zuzą, więc wzięliśmy dla niej, jako potencjalnego towarzysza zabaw, Flokiego (tak, był to jeden z argumentów). I co? I Wydźka już nie miała ochoty na zabawy, obraziła się śmiertelnie, odwaliła dramę stulecia i postanowiła ostentacyjnie unikać wszelkiej aktywności. Flokuś nalegał. Wydra warczała. Pojawił się Horacy. Ponieważ, jak już wiecie, rudy nie przyjmuje do wiadomości, że ktoś mógłby nie chcieć przebywać w jego towarzystwie, upatrzył sobie, jak na złość…Wydrę! Na szczęście Wydra, zszokowana jego bezpardonowym atakiem czułości wszelkich, o dziwo go nie zjadła. Później nastąpiła faza zwana „Floki, baw się ze mną bez przerwy, ja cię gryzę bo się nie bawisz, nie śpij, nie jedz, gdzie jesteś???”. Ale nauczeni wcześniejszym doświadczeniem, nie szukaliśmy czwartego kota. Stopniowo sytuacja okrzepła, było w miarę spokojnie.

W tym miejscu zdradzę wam, że kiedy uratowaliśmy Lupę, miałam wątpliwości. Czy to już nie przesada? Czy nas na to stać? Jak to będzie? Wszystkie te myśli przewijały się przez moją głowę, jednocześnie z kupowaniem kociego mleka i zabawek. Było oczywiste, że mała będzie z nami. I tak, pomimo i wbrew. Mało to było rozsądne, ale nie od dzisiaj wiadomo, że kochając koty, podpisujemy krwią cyrograf i oddajemy rozum, jak Twardowski duszę. Na szczęście znalazło się dla niej idealne miejsce, w rudych ramionach.

Teraz mamy cztery demoniszcza i uważam, że to już dla nas maks. Mieszkamy w stosunkowo dużym domu, co jest istotne. Tu płynnie przechodzimy do oceniania potencjalnie idealnej ilości kotów w naszym życiu z perspektywy czysto praktycznej. Kot powinien mieć miejsce, gdzie może pojedynaczyć. Takie kocie Bieszczady. Rzuca wszystko i się tam przenosi. Czasami na godzinę, czasami na dwa dni. Dla higieny psychicznej. Kierowałabym się tym również na waszym miejscu. Każdy z moich kotów jest inny, ale każdy czasami przepada na cały dzień w swoim pomieszczeniu. Nie wiem, może łączą się tam z kosmosem i przekazują raport o postępach w przejmowaniu naszej planety. Nie zdziwiłabym się.

Pora na temat trudny, mianowicie finanse. Koty to studnia bez dna. Serio. To kolejna cecha, która łączy je z dziećmi. Koty chorują i to zwykle na „bardzo rzadką chorobę o nazwie niemożliwej do wymówienia” a leczenie wymaga podania leków, które mają taką cenę, że produkują je chyba boginie Mojry z tłuczonych brylantów. Koty muszą jeść dobrą karmę, bo inaczej będą chorowały. Unikając wydatków na tłuczone brylanty, bankrutujemy na karmę. Im więcej kotów, tym więcej leków i karmy. Ja obecnie kupuję miesięcznie worek 6,5 kg karmy suchej, za około 170 zł. Plus karma mokra. Plus żwirek. Uzbiera się spora kwota. Nie każdego będzie na to stać. Zaraz podniosą się głosy, że chyba lepiej będzie bezdomniakowi na taniej karmie w domu, niż bez domu w ogóle. Pewnie, tylko ja tu piszę o rozwiązaniach optymalnych.

Myślę, że na początek, najlepiej przyjąć dwa zżyte ze sobą koty. Im będzie raźniej a my sprawdzimy, jak nasze warunki lokalowe mają się do wymagań szlachty. Czy mamy w domu te Bieszczady, czy jednak musimy się hamować. Czy wykarmimy więcej demonów i zostanie nam jeszcze na bułkę i pasztetową, czy jednak będzie to tylko smutna bułka. Możemy też zamieszkać z kocim indywidualistą i razem złorzeczyć na świat i ludzi, oraz syczeć na sąsiadów. Każdemu według potrzeb i zainteresowań oraz możliwości.

Teraz dobra rada. Najprościej przygarnąć kota z dobrej fundacji. Koty są tam zwykle doskonale scharakteryzowane, wiemy czy lubią towarzystwo, jak traktują dzieci, czy dogadają się z psem. Jestem najlepszym przykładem, że można znaleźć kota na wymiar. Idealnego dla nas. Albo okazać się brakującym puzzlem w układance kota. Zależy, jak na to patrzeć.

Na koniec wygłoszę niepopularną opinię. Nie każdy musi mieć kota. Ale każdy może kotom pomagać. Jeżeli nie mamy warunków na przyjęcie rządów dyktatora, możemy pomóc mu znaleźć idealny dom. Możemy nakarmić bezdomne łobuzy z osiedla. Możemy propagować szacunek do braci mniejszych. Możemy nie mieć kota i być największym kociarzem w mieście. Wystarczy chcieć.