„Żal mi ludzi, którzy nie mają psa śpiącego w sercu. Wiele im umknęło.” Ernest Montague

 

 

 

O Zuzie mogłabym napisać książkę. Byłby to thriller, dramat obyczajowy i komedia romantyczna w jednym.

 

Był kwiecień 2005 r., kiedy zadzwoniła do mnie koleżanka z propozycją udania się na Pitbull Show. Zawsze lubiłam tę rasę, więc pojechałam, jednak chciałam wtedy mieć rottweilera. Uwielbiam molosy, ich spokojny charakter i masę. Było więc oczywiste, że w naszym domu pojawi się coś dokładnie odwrotnego. Tak też się stało. Na pokazie pojawił się chłopak z małym krokodylem w ramionach. Zapiszczałam z zachwytu! Schyliłam się, żeby zacieśnić więzi i zostałam ugryziona w nos. Czy dało mi to do myślenia? Zupełnie nie dało. Przedsiębiorcza koleżanka, od razu zapytała chłopaka, czy szczeniak jest do sprzedania. Był. Kupiliśmy bestyjkę za 300 zł. W końcu amstaff po championie!

Najpierw zaczęliśmy wymyślać krokodylowi imię. Doszliśmy do wniosku, że musi być przyjazne, bo wystarczy że groźnie wygląda. Pierwsza propozycja padła z ust kolegi „Trawa! Nazwijmy ją trawa! Trawa jest zielona i przyjazna.”. Po zignorowaniu nurtu botanicznego, przeszliśmy do imion człowieczych. I krokodyl został Zuzą.

Jako szczeniaczek zaczęła spokojnie. Poza wyciąganiem sznurówek z butów, nie było problemów. Nawet nie załatwiała się w domu, co napełniało nas szczerą dumą. Duma nas napełniała do momentu, kiedy K. odsunął szafkę telewizyjną i naszym oczom ukazały się dziesiątki małych kupek, w różnych stadiach wyschnięcia. Nie, nie śmierdziały.

Zuza rosła a skala zniszczeń rosła razem z nią. Rozpierała ją energia. Kiedyś miała zostać u moich rodziców a oni znając jej możliwości, postanowili ją zmęczyć i poszli na wielokilometrowy spacer. Wrócili do domu i padli zmęczeni. Zuza nie padła, Zuza natychmiast wskoczyła na stół i nie zatrzymywała się do późnej nocy. Z kolei innego razu, mojemu Tacie wypadło coś z balkonu i musiał na chwilę zejść to zabrać. Z oczywistych powodów nie chciał wziąć ze sobą psa. Pies nalegał, Tato ignorował. I co? I zjadła Ojcu okulary. Ogólnie, Zuza jadła WSZYSTKO i w każdej ilości. Telefony, piloty, ściany, buty i meble. Miała apetyt smoka. Kiedyś kupiłam jej piękne wiaderko na karmę. Było różowe, szczelnie zamykane i mieściło 15 kg żarcia. Zupełnie spokojna o bezpieczeństwo karmy i karmionej, udałam się do pracy. Kiedy wróciłam, zastałam połamane, w 1/3 puste wiaderko i mojego, leżącego brzuchem do góry psa. Bez ruchu, łapy sztywno w górze. Pies zrobił „iii”. Jezu, pomyślałam, trzeba z nią wyjść! Chwyciłam ją na ręce i poleciałam na dwór. Postawiłam psa na trawniku. Pies padł na plecy z łapami wyciągniętymi w górę i zrobił „iii”. Zuza, wstawaj! "iii". Wyglądała, jakby połknęła piłkę. Ale załatwić się nie chciała. Może strawi, pomyślałam naiwnie. Zaniosłam ją do domu, posprzątałam resztki wiaderka i tyle. Do wieczora pies leżał. Rano obudził mnie dziwny odgłos. Jakby szorowania? Wyszłam z sypialni. Odgłos dochodził najwyraźniej z dużego pokoju. Otworzyłam drzwi do niego i zobaczyłam K. ze ścierką na twarzy, siedzącego w kucki i szorującego ściany gąbką do mycia naczyń. Były zasrane do wysokości kolan. Wszędzie. Kiedyś znowuż, wracałam do domu i na klatce schodowej ujrzałam, jak mój pies wystawia głowę przez wielką dziurę w drzwiach wejściowych, przeżuwając resztki okleiny z tychże. Była też zabawa w wyrywanie kątowników ze ścian. Zjadła zagłówek od nowego łóżka. Nad legowiskiem wygryzła dziurę w ścianie. Wyrwała drzwi od łazienki. Bywały takie dni, że siadałam zapłakana po środku pobojowiska i zastanawiałam się, co ja narobiłam biorąc tego psa. W końcu doszliśmy do wniosku, że tu nie ma co remontować, trzeba się wyprowadzić. W nowym mieszkaniu schemat zaczął się powtarzać, tylko nauczeni doświadczeniem, nie mieliśmy już kątowników a drzwi wejściowe były blaszane.

Zuza zupełnie się nie chciała nas słuchać. Postanowiliśmy pójść z nią na szkolenie. Wybraliśmy najlepszą szkołę, bez kolczatek i wrzasków. Pozytywne bodźcowanie. Pierwszego dnia przyjechaliśmy o czasie, otworzyliśmy furtkę na plac i spuściliśmy Zuzę ze smyczy. Krokodyl ruszył pełnym galopem, przeleciał cały plac i wyrżnął głową w ławkę, rozcinając sobie łuk brwiowy. Na placu zrobiło się cicho. Nawet inne psy patrzyły na nas skonsternowane. Jednak dalsza część szkolenia przebiegała już w miarę spokojnie. Zuza szybko się uczyła. To bardzo mądry pies. Opanowała chodzenie przy nodze i wiele sztuczek. Bilans przedsięwzięcia był na plusie.

Teraz będzie o anielskiej stronie psa Zuzy. Kiedy moja ciąża okazała się zagrożona i musiałam leżeć w domu, była moim wiernym towarzyszem. Moją ostoją. Ona broniła mnie a ja jej. Był u nas fachowiec, który remontował pokój dla dziecka. Robiłam sobie śniadanie i zapomniałam schować ser pleśniowy do lodówki. Efekt jest wiadomy- Zuza zjadła go ze smakiem, kiedy tylko wyszłam z kuchni. Ser owy był ekskluzywnym i ulubionym mojego partnera. K. wrócił do domu, zajrzał do lodówki i zakrzyknął:

- Gdzie mój ser pleśniowy?!

- Yyyyyy…majster zjadł? Wiesz, powiedziałam, żeby się częstował, kiedy zgłodnieje i widocznie tak zrobił.

- Ale zjadł cały ser?! Nie mógł zjeść wędliny?!

- No widzisz, jaki smakosz. Przecież nie będziemy mu żałować sera…

Z tego miejsca, chciałabym przeprosić mojego Ukochanego, bo właśnie dowiedział się prawdy o serze. I majstra też przepraszam, wyższa konieczność, musiałam. Jak to pisze moja koleżanka Ola, takim człowiekiem jestem.

Obawiałam się co będzie, kiedy na świecie pojawi się dziecko, ale Zuza stała się świętą cierpliwością. Raczej unikała Małej, pozwalała na wszystko, ustępowała i pilnowała. Sytuacja powtórzyła się przy mojej drugiej ciąży (z wyjątkiem sera). Wiecie, jakie było pierwsze słowo mojego Synka? Susa. Kiedy tylko traciłam go z oczy, raczkował na legowisko psa i spali tam w najlepsze. Tulił ją, wsiadał na grzbiet, bawili się razem.

Trzeba dodać, że Zuza jest psem zupełnie pozbawionym agresji. Trzydziestokilowy amstaff, który jest totalną ciapą. Kładzie się brzuchem do góry przed jamnikiem. Każdy gość w domu, to przyjaciel. Jej największym dramatem zawsze było to, że ludzie bali się jej a ona tak bardzo chciała się z nimi bawić. Inna sprawa, że wyczuwała kto nie lubi psów i nie odstępowała takiej osoby na krok. Tak już ma. Mój największy zachwyt wywołała przyjmując kolejne koty. Wydra stała się najlepszą koleżanką, Horacy kocha Zuzę nad życie. Floki jest ostrożny, ale już się nie boi, co jest nie lada osiągnięciem, zważając na jego przeszłość. Tylko Lupka od czasów chomiczych pluje na Zuzę i próbuje atakować. Nie daje się przekonać. Ostatnio nawet skaleczyła Zuzkę w nos, polała się krew a staruszka tylko stała i płakała. Nawet nie warknęła.

Teraz jest mi ciężko. Widzę, jak Zuza powoli odchodzi. Bolą ją stawy, ciągnie za sobą jedną nogę, nie panuje nad zwieraczami. Jest siwiutka, głucha i prawie ślepa. Cierpi na demencję. Serce mi pęka, kiedy czasami patrzę w jej mądre oczy i widzę, że ona nie wie gdzie jest. Ale to moja przyjaciółka. Byliśmy rodziną, kiedy była zdrowa, jesteśmy nią nadal. Sprzątamy po niej, podajemy lekarstwa, pierzemy kolejne legowiska i pomagamy odnaleźć drogę do domu.

Zuza jest moim ostatnim psem. Ona nawet kiedy odejdzie, to zawsze będzie. Jestem tego pewna.