Pewnego razu, a było to upalne lato, w małej wiosce na Podlasiu, rozległ się melodyjny głos sąsiadki – Agnieszka, jedziemy ratować koty! I pojechały.

 

 

Wyposażyłyśmy się w dzieci, miski, wodę, karmę i transporter. Wyglądałyśmy jak podlaski oddział ghostbusters. Miejsce akcji było niedaleko, więc po chwili dotarłyśmy na miejsce. Na zapleczu pizzerii, przy śmietniku, wyrastała wielka góra drewna. Zastałyśmy tam niemiłosierny upał, tysiące much i całkowity brak kotów. Chodziłyśmy, kickiciałyśmy, zaglądałyśmy-nic. K. brodził w pokrzywach, dzieci zaglądały w każdą dziurę-nic. Im bardziej szukaliśmy kotów, tym bardziej ich nie było. Trudno, wrócimy jutro, zarządziłam. Może trzeba przyjechać wieczorem. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Trzeciego dnia zobaczyliśmy dwa dorosłe koty i kilka maleństw, ale uciekły. Dorosłe wyglądały na Syjamy!

W końcu nastał dzień czwarty. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, zobaczyliśmy kartkę „nie karmić” i klatkę, na której końcu siedziała dziewczyna ze sznurkiem w wątłej dłoni. Powiedziała, że też przyjechała ratować kotki i spotkała panią z kociej fundacji, która zostawiła klatkę i kazała jej pilnować, bo za godzinę wróci. Było to trzy godziny od tej godziny, kiedy miała wrócić za godzinę. Ktoś się zlitował nad dziewczyną i pozwolił jej usiąść w swoim busie, który był zaparkowany w cieniu. Bohaterka. Powiedziała też, że ludzie złapali już kilka kotów, ale zostały te najbardziej płoche.

Podeszłam do sterty drewna, padłam na kolana i zaczęłam wypatrywać. Po długim czasie wyszły dwa większe kotki i szczurek. Większe po chwili uciekły ale szczurek schował się pod grubszą gałęzią i patrzył. Miał przenikliwe, błękitne oczka i wielką wolę życia, bo wyglądał bardzo źle. Zaczęłam do szczurka przemawiać: „No chodź tu. Chcę cię uratować. Zobaczysz, będzie ci u mnie dobrze. Poznasz Wydzię, Flokusia i Horacka. Wyjdź, proszę.” Niestety, to nie działało. Przy najmniejszym ruchu, szczurek wiał. Nie było opcji, żeby wszedł do klatki, chociaż była tam karma i woda. W międzyczasie, do szczurka dołączył drugi, nieco większy, ale nadal mniejszy od reszty. Trwaliśmy w bezruchu po późnego popłudnia.

Mijały kolejne godziny od godziny, kiedy pani miała przyjechać za godzinę. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Na szczęście mam genialną córkę. Nisia podeszła do mnie na palcach: „Mamo, może znajdę na youtube filmiki z miauczącymi kotami i położę telefon w klatce? Może wtedy wyjdą?”. Tak też zrobiliśmy. Po chwili z góry drewna wyszedł mój szczurek i wszedł do klatki. I teraz, albo zamykamy i kończymy z jednym, albo ryzykujemy i czekamy na resztę. Postanowiłyśmy zaczekać. Powiem Wam, że czułam się jak saper rozbrajający pas szahida w pełnym żłobku. Szczurek przystąpił do konsumpcji a za chwilę dołączył do niego drugi! Po kilku minutach weszły dwa większe. FUCH! Klatka zamknięta! Sukces! Kotki zaczęły skakać jak oszalałe po klatce. Z wyjątkiem pierwszego szczurka. On jadł, jakby poza miską nie było świata. Zbliżone priorytety, pomyślałam. Będzie moja, ta szczurka (wyglądała na babeczkę). Zadzwoniłyśmy do pani, która miała być za godzinę sto godzin wcześniej. Korzystając z chwili spokoju, zaczęłam przyglądać się mojej wojowniczce. Wyglądała, jak mikro wilczek. I już wiedziałam. Lupka. Moja piękna, dzielna wilczyca.

Pani przyjechała. Nie mogła uwierzyć, że złapałyśmy wszystkie kotki! Ponieważ mieliśmy już w domu kocich rezydentów, postanowiliśmy zostawić Lupkę w fundacji, do czasu przebadania jej w kierunku chorób zakaźnych. Wymieniliśmy się numerami telefonów i rozjechaliśmy się do domów.

W kolejnych dniach, pani zdawała mi szczegółowe relacje. Dwa szczurki trafiły do niej a większe kotki do innego domu, bo zadręczały szczurki. Pierwsza wizyta u weterynarza (Lupka miała czterysta pcheł!), testy na białaczkę ujemne i potwierdzenie, że to kobietki. Ponieważ kotki były dwa, pani poprosiła, żebym zaczekała z zabraniem Lupki, aż znajdzie dom dla tej drugiej. Zgodziłam się. Szukanie domu dla drugiej koci, trwało prawie trzy tygodnie.

W końcu nadszedł dzień, kiedy pani przywiozła Lupkę do domu. Zostawiła nam lekarstwa (jedno dopyszcznie -na biegunkę i drugie dopupnie- na odparzenia) i powiedziała, że dobrze by było, gdyby Wydra pomatkowała Lupce… No dobrze, pomyślałam, może przy kociaku Wydźka się ogarnie. W najśmielszych wyobrażeniach nie pomyślałabym, jak to się skończy. Zaniosłam Lupkę do pokoju córki, postawiłam na podłodze. Mała pozwiedzała wszystkie kąty i wtedy wpuściłam Wydrę. Wydźka była w szoku. Zamurowało ją i ani drgnęła. W tym momencie mała ruszyła do ataku. Nigdy bym nie pomyślała, że stworzenie wielkości chomika, może wydać z siebie takie dźwięki! Porwałam Wydźkę w ramiona i zaniosłam w bezpieczne miejsce. Obie długo dochodziłyśmy do siebie. No ładnie, pomyślałam, koci pitbull. 

Tymczasem wściekły chomik dostał różowy koszyczek do spania, blaszkę do ciasta jako kuwetę i mleczko w strzykawce. Wszystko było mikro, mini i tycie. Izolowaliśmy ją w pokoju córki, czasami wypuszczając pod nadzorem. Wyglądała jak kupka nieszczęścia. Miała ogonek jak sznureczek, malutki i łysy. Chude łapki, ledwo stała na tylnych. Opuchniętą, czerwoną dupkę i posklejaną sierść, bo nie było matki, która by ją wylizała. Na szczęście mieliśmy w domu prawdziwych facetów! Floki szybko zaczął wylizywać małą, Horacy wcielił się w rolę starszego brata a Wydra nauczyła się ją omijać, nie zważając na dzikie syczenie potworka. Pies Zuza był pogodzony z losem. Ładnie jadła, minęły problemy żołądkowe, futerko zaczynało przypominać kocie. Było też wiele zabawnych sytuacji, na przykład kiedy schowała się w pojemniku z maskotkami i stała się zupełnie niewidoczna na tle misiów i króliczków a my szukaliśmy jej wszędzie. Albo, kiedy Mama pomyliła lekarstwa i wysmarowała lupczy zadek syropem od biegunki. Na szczęście nie napoiła jej maścią. Z Horacym były dzikie harce, z Flokim przytulasy. Wszystko zaczęło się układać po kociej myśli.

Lupa jest naszym ogromnym sukcesem. Znaleźliśmy ją w ostatniej chwili, była bliska śmierci. Tylko ja od początku byłam pewna, że przeżyje i będzie absolutnie piękna. Wszyscy pukali się w głowę. No i jeszcze -czwarty kot! Zwariowali! Ale jak ja mogłam ją komuś oddać? Przecież u nas jej będzie najlepiej. To oczywiste.

Najtrafniej podsumowała to moja Mamcia, kiedy ostatnio głośno myślałam, jak to się stało, że mam tyle zwierząt. Powiedziała wtedy „No, z tymi kotami to przesadziłaś. Ale żadnego bym nie oddała.”.