Jak odnalazłam brakujący fragment duszy.

 

 


Wydra, po około tygodniu w naszym domu, przestała udawać kota.

Stało się jasne, że wzięliśmy pod swój dach demona, przy czym ten demon został nasłany na mnie. Miałam podrapane i pogryzione kończyny dolne i górne, zasikane torebki i buty. Traktowała mnie jak coś brzydkiego, czego należy ostentacyjnie unikać, wychodzić kiedy się pojawia i patrzeć na to, jak na kupę. Kochała i kocha wyłącznie moją córkę i psa Zuzę, oraz (trochę mniej) K. Syna unikała, mnie powoli wykańczała psychicznie i fizycznie. Czary goryczy dopełniał fakt, że nie potrafiłam jej nie kochać a ona o tym doskonale wiedziała. Pewnego zimowego wieczoru doszłam do wniosku, że ja też chcę kota, który nie będzie chciał mnie zamordować. Tylko tyle. Poza tym, przyda się Wydźce towarzystwo, bo pies był nieustannie zachęcany do zabawy a nie miał już na to siły. Weszłam na stronę kociej fundacji i zaczęłam czytać charakterystyki jej podopiecznych. Wygląd i wiek, nie miały dla mnie znaczenia. Kocisko musiało lubić pieszczoty i być towarzyskie. No i znalazłam. Ze zdjęcia patrzył na mnie mały, czarny kotecek, o wesołych oczkach, który został opisany, jako kocie ADHD o wielkim sercu. Poleciałam do K. i mówię, jedziemy po MOJEGO kota. Po Flokiego. I pojechaliśmy.

Drzwi otworzyła nam pani. Chyba pani, bo w oparach dymu papierosowego, nic nie było widać. Mogła chwycić moją torebkę i zamknąć nam drzwi przed nosem a ja w życiu nie byłabym w stanie powiedzieć, kto to zrobił. Przedarliśmy się przez trujące opary i weszliśmy do pokoiku, który składał się głównie z rozsypanej kociej karmy, sierści i woni a raczej Woni, bo zdawała się mieć już własną tożsamość. Pani (byłam już pewna, że to kobieta), poszła po kotecka. Czekaliśmy niecierpliwie. W końcu naszym oczom ukazał się KOT. Dorosły kot o sierści jak szczotka ryżowa, z krzywym ogonem, skośnymi oczami i cały w Woni. Nazywał się Bambo i natychmiast zaczął się turlać w te i wewte. Cały był uległością. Jezu, pomyślałam, kiedy ja poczuję, że MÓJ kot? On jest taki duży! Taki obcy! (Po czasie okazało się, że zdjęcie kotecka, było wrzucane za każdym razem, kiedy w fundacji był do adopcji czarny kot. Bez względu na wiek. Miszczynie kociego marketingu :>). Pani powiedziała, że to jej ulubiony kot i jakby coś, to ona go weźmie z powrotem. I, że będziemy jego trzecim domem, bo w jednym kradł dzieciom szynkę z kanapek, a w drugim mąż właścicielki go nie lubił. Oooookeeeeej…

Droga powrotna minęła bez problemów, ale kiedy przyjechaliśmy do domu, problemy już na nas czekały. Wydra wpadła w furię, a Floki uciekł pod wannę. Siedział tam dwie doby. Nie jadł, nie pił. Siedział. Wariowałam ze strachu o niego. Kiedy nareszcie wyszedł, schodził nieśmiało do salonu, ale Wydra rzucała się natychmiast do walki. Biedny przemykał pod ścianami, bo tak bardzo chciał dołączyć do towarzystwa, ale tak strasznie się bał. Pierwszą wspólną noc spędzili walcząc ze sobą w naszej sypialni. Byłam gotowa wstać, ubrać się, wziąć demoniszcza pod pachę i oddać Woni już na zawsze. Niech je godzi i rozdaje. Proszę zatrzymać świat, ja oddaję koty. Jednak jakoś przetrwałam. Rano wszyscy nadal żyli, chociaż ja ledwo. Mijanka trwała.

Następnego dnia, Wydra wyszła do ogrodu. Zdarzało jej się to i należało, po mniej więcej kwadransie, wpuścić ją do domu. Ale zapomnieliśmy. Kiedy sobie przypomnieliśmy, nigdzie jej już nie było. Zapewne uznała, że wzięliśmy sobie nowego kota i już jej nie chcemy. Albo, że sobie pójdzie to ją docenimy i wywalimy nowego. Stawiam na to drugie. Niemniej szukaliśmy jej po całej wsi, po ciemku, w deszczu. Była rozpacz, nie było Wydry. Na szczęście rano wróciła. Miauczała siedząc na bramie sąsiadów. Pewnie nie zasłużyliśmy, żeby siedziała na naszej. Trudno. Caryca weszła do domu, przywitała się z psem Zuzą, olała Flokiego i poszła spać. Od tego dnia koty zaczęły się tolerować, czasami nawet lubić.

A Floki? To był TEN kot. Zapałał do mnie miłością, wprost proporcjonalną do mojej. Nie odstępował mnie na krok. Kiedy przemieszczałam się po domu, musiałam go wziąć na ręce, bo wyciągał łapki jak dziecko. Całował mnie, płakał kiedy mnie nie było, witał buziakiem i czekał pod drzwiami sypialni całą noc (nie wpuszczam kotów do sypialni na noc, ale o tym kiedy indziej). Imię okazało się idealne, bo to taki lekko szalony Wiking o wielkim sercu. Powoli też dawała o sobie znać jego przeszłość. Bał się wyciągniętej ręki, podniesionego głosu. Miał złamany ogon, uszkodzony nerw przy oku. Dzieci omijał i potrafił ugryźć (udławcie się tą szynką, gówniarze). Ale jego wygląd zmienił się diametralnie. Odeszła Woń, sierść stała się błyszcząca i miękka a w oczach zamieszkały wesołe iskierki. Do tego, średnio co dwa dni, dzwoniła do mnie pani z fundacji, czy nie chcę oddać Bambo, bo ona może mi jednak da innego kota. Musiałam w końcu interweniować we władzach fundacji, bo oczami wyobraźni widziałam, jak przybywa w oparach dymu, z Wonią i kradną mi kota. MOJEGO kota.

Często boleję nad tym, że nie odnaleźliśmy się z Flokim dwa domy wcześniej. Że nie był u mnie od kociństwa, unikając w ten sposób oprawców. Przecież, to MÓJ kot! Niestety, na to nie mam już wpływu. Mogę tylko starać się mu wynagrodzić pierwszy rok jego życia. Bo, jak powiedział K., to nie ja go znalazłam, to my się odnaleźliśmy. I już się nie zgubimy.

 

                                  W kolejnym odcinku, dlaczego niezbędny był Horacy.