W naszym domu zamieszkał promyk słońca.

 

 

Życie z dwoma kotami i psem Zuzą było spokojne i poukładane. Z tego prosty wniosek, że coś poszło nie tak.

Był listopad, za oknem szaro, w głowie ponuro, koty czarne, pies czarny. Ewidentnie brakowało nam koloru. Zamarzył mi się rudy kot. Koniecznie rudy. I koniecznie kot. Od marzeń do realizacji droga daleka, więc wyruszyłam na jej początek, czyli negocjacje z K. i jednoczesne poszukiwania w kocich fundacjach (sugestia poparta zdjęciem, działa najlepiej). Pomyślałam, że kot to przyjaciel na wiele lat, więc nie będę ograniczała poszukiwań do mojego miasta.

Pierwszy strzał, to był Rudzik z okolic Warszawy. Zadzwoniłam, odebrała babucha (tak, babucha). Kot jest u jej koleżanki, ona prywatnie pomaga kotom i BYLE KOMU nie oddadzą. Zaczęło się przesłuchanie. Czym karmię (aprobata), czy czasami nie mieszkam w domu (dezaprobata), co wiem o kotach (tu drobna scysja, bo gadała głupoty), gdzie mieszkam. I tu zonk. Babucha nie chciała oddać kota do innego miasta, bo już raz oddała i uciekł, a poza tym nie widziała mojego domu. Na moją sugestię, że skoro kot jest tak dla nich cenny, mogłyby do nas przyjechać, ton głosu zmieniła na lodowaty. Podobno później zaczynała wywiady z chętnymi na koty od pytania, czy nie są z Białegostoku.

Pomyślałam, kij ci w oko, babucho jedna. Widocznie to nie mój kot. Miałam rację. Jakiś czas później znalazłam nowe ogłoszenie. Rudy, chudy, zabiedzony. Nie wyglądał. Ale to nic. Zadzwoniłam i nauczona doświadczeniem z Flokim, pytam czy na zdjęciu jest TEN kot. Nie był. Zero zaskoczenia, płynna kontynuacja tematu. W końcu byłam doświadczonym łowcą kocich smutków. Zawodowcem. Powiedziałam -chcę go.

No i kilka dni później, przyjechali. Pani wkroczyła do naszego salonu z wielkim, plastikowym transporterem, który cały wibrował od mruczenia. Otworzyła go i ze środka wyskoczyła ruda kulka. Kulka dumnie podniosła ogon do góry, przeparadowała przed zszokowaną starszyzną i wskoczyła mi na ramię, gdzie już pozostała, bardzo z siebie zadowolona. Po chwilowej konsternacji, pani się odezwała -O. Nie chowa się. 

I to był cały Horacy. Jego motto brzmi -kochać wszystkich, nikogo nie oszczędzać. Rzucał się (dosłownie!) w nasze ramiona, będąc święcie przekonanym, że nie damy mu upaść. I miał rację. Jako zwierzątko o wybitnej inteligencji, od początku urabiał Wydrę. Wmówił sobie i jej, że go kocha i koniec. Wydra był mocno skonsternowana, ale poddawała się bez walki. Jak my wszyscy. Rodzina nauczyła się jego imienia (na początku był Chorwacym, Herkulesem, czy też Heweliuszem) i zakochała się bez pamięci.

Horaś to wyjątkowy kot, nawet na tle innych wyjątkowych kotów. Jest niesamowicie rozgadamy, buzia mu się nie zamyka. Zawsze wszystko mu odpowiada, nigdy się nie obraża. Każdego z góry traktuje jak przyjaciela. Od początku jest zakochany w Zuzie, przytula się do zszokowanej staruszki, która nie bardzo wie, jak ma się zachować. Ale się poddaje. Oczywiście. Przez pierwszy rok swojego życia cały dzień biegał i dokazywał, padał w zupełnie przypadkowych miejscach na krótkie drzemki i leciał dalej. Do tej pory trzeba bardzo uważać, gdzie stawiamy stopy, bo może spać wszędzie a ciągi komunikacyjne są do spania najlepsze. Nie ma za to problemu na schodach, ponieważ pokonując każdy schodek, wydaje siebie okrzyk polującego Indianina. Zagaduje do wszystkich, jak nie zagaduje, to znaczy, że śpi lub je. A właśnie, jedzenie! Horacy, jako prawdziwy hedonista, kocha jeść. Najlepiej w strasznych ilościach. Nie dasz mu czegoś? Nie szkodzi! Poczeka aż ci spadnie. A spadnie, bo Hracek zacznie się ocierać o twoje ręce i twarz. Przecież nie wygonisz takiego słodziaczka? Pac, szynka na podłodze. Szelest papierka? Horacy materializuje się przed tobą, jak duch pradziadka. Zawsze.

Ruda kulka wyrosła na wielkiego tygrysa, ale charakter pozostał ten sam. Może już się tyle nie przytula i więcej śpi, ale nadal kocha cały świat a świat kocha jego. Wniósł do naszego życia kolor i słońce, w trudnym dla nas momencie. Po prostu przyszedł do nas, kiedy najbardziej go potrzebowaliśmy. Dzięki ci, Bastet.