Był piękny, wrześniowy wieczór 2016 roku.

Zupełnie nieświadoma zbliżającego się nieszczęścia, siedziałam sobie w salonie i oglądałam film. Byłam spokojna, zrelaksowana i pewna swojej niechęci do kotów. Tak, zawsze powtarzałam, że co jak co, ale kota w moim domu nie będzie NIGDY. Bo nie. Bo co to za zwierzę?! Pies, to jest zwierzę. Ale kot? Nie dla mnie!

No i tak sobie siedziałam, gdy WTEM...z podwórka dobiegł radosny głosik mojej córeczki "Mamoooo! Znalazłam kotki!". Cholera, pomyślałam, też nie miała czego znaleźć! Wyszłam z domu i moim oczom ukazały dwa małe demoniszcza, z kleszczami wielkości mandarynek, ropą w oczach, wzdętymi brzuchami i wrednym spojrzeniem. Miałam dwa wyjścia, uciekać albo ratować. W swej głupocie, nakarmiłam...

Początkowo pomysł był taki, że kotki wyleczone i szczęśliwe, chwilowo (tak, szukałam im domu, tu możecie złośliwie rechotać) zamieszkają w szopie na drewno. K. ocieplił szopę, położyliśmy im koce i miski. W garażu stanęła kuweta. Nazwałam je Ta i Tamta. Jedyna trudność polegała na tym, że Ta (zgadnijcie o kogo chodzi), ładowała się do domu za każdym razem, kiedy ktoś otworzył drzwi. Albo okno. Albo wyjście do ogrodu. Po wejściu natychmiast podlizywała się do psa i domagała pieszczot od nas. Taki słodziaczek (ha...ha). Wszyscy dali się nabrać. Tamta była zupełnie inna. Bała się psa Zuzy i chowała się po kątach, ale zawsze cichutko dreptała za większą siostrą. Była pełna gracji, mniejsza, delikatna i płocha. Stanowiły parę, która działała na zasadzie "Tamta-Dobrze będzie, jak nam pomożesz. Ta-A jak nie pomożesz, to będzie źle." Powoli oswajałam się z demonami i wydawało się, że będzie to tak trwało.

Niestety, pewnego dnia po powrocie do domu, zauważyliśmy że Tamta dziwnie się zachowuje. Leży w szopie, nie chce wstać, ani jeść. Szybko pojechaliśmy do weterynarza. Diagnoza-uraz kości udowej. Prawdopodobnie ktoś ją skopał. Szok, łzy. Wetka powiedziała, że trzeba unieruchomić, prześwietlić i wziąć do domu, żeby nie skakała. I tu pojawił się problem. Tamta przecież bała się Zuzy! U nas nie miałaby spokoju. Na szczęście, wariatów mojego pokroju, jest więcej. Telefon do koleżanki-Ratuj! Koleżanka ruszyła z odsieczą. A raczej z sąsiadką. Okazało się, że jej sąsiadka chętnie weźmie Tamtą, ale za trzy dni. Wyjeżdżała ma weekend. Koleżanka, niewiele myśląc, wzięła Tamtą do siebie. Na te trzy dni. Potem odda sąsiadce (tu rechoczemy już razem). Efekt tego był taki, że koleżanka pokłóciła się z sąsiadką i do tej pory ze sobą nie rozmawiają. Ale kota nie oddała!

Tamta stała się Mru, Ta zaczęła ciężko pracować na imię Wydra. Pokazała prawdziwe oblicze...

c.d.n.